mieszkasz w londynie banner

- Wy jeszcze syfu nie znacie i nie wiecie, co to burdel [List od czytelnika]

Czytelnik zainspirowany artykułem o sprzątaczkach postanowił opisać swoje doświadczenia

- Wy jeszcze syfu nie znacie i nie wiecie, co to burdel [List od czytelnika]
- Wy jeszcze syfu nie znacie i nie wiecie, co to burdel [List od czytelnika]

Przeczytałem artykuł, w którym piszecie o doświadczeniach dziewczyn sprzątających w domach i to przyniosło wspomnienia. Muszę powiedzieć, że osoba sprzątająca nie ma tak źle - posprząta i wychodzi. Gorzej, kiedy trzeba z syfiarzami mieszkać - albo posprzątasz za darmo, albo będziesz żył w przysłowiowym burdelu.

Jestem w UK od kilku lat - małżonka z dzieckiem mieszka na stałe w Polsce, więc jako słomiany wdowiec, często zmieniałem w tych latach mieszkanie. Głównie ze względu na pracę, ale również przez współlokatorów. Wiadomo, że samotnemu trudniej wynająć całe mieszkanie tylko dla siebie, zwłaszcza jak chce coś wysłać dzieciom i rodzicom w Polsce. Tak to właśnie przez te wszystkie lata przewinąłem się przez około 20 lokalizacji mieszkaniowych, z - mogę powiedzieć - setkami lokatorów z Polski, Europy i Azji. Postanowiłem opisać tych ciekawszych.

- Wy jeszcze syfu nie znacie i nie wiecie, co to burdel [List od czytelnika]

Brudasy są w każdym narodzie. To chyba najbardziej typowy przypadek i takich spotkałem dziesiątki. Pierwsza kategoria to starsi panowie, już po 50., co przyjechali tu tylko pracować, mają fach w ręku, ale nic poza pracą i piciem piwa nie robią. Tacy ludzie po sobie nie sprzątają, bo przywykli, że w domu robi baba, więc oni nie muszą kiwnąć palcem, bo brud po prostu leży, leży, a potem magicznie znika. Tacy ludzie rzadko się też myją.

Jeden, z którym mieszkałem, urządzał wielką kąpiel raz na dwa tygodnie, a i wtedy zajmowała mu z 15 minut, więc smrodek i tak pozostał. Drugi, którego spotkałem później, pobił rekord - bo w ciągu 6 miesięcy wspólnego mieszkania wykąpał się 3 razy. W dodatku otwarcie o tym opowiadał. Nie muszę dodawać, że tacy panowie lubią sobie popalić papieroska, wypić piwko, a prysznic po pracy jest im obcy, więc zapachy są powalające, zwłaszcza w bliższym kontakcie.

Wbrew pozorom, młodzi i zadbani ludzie nie są lepsi. Mieszkałem z kilkoma osobami, które były wyszykowane na każdą okazję lepiej, niż ja bym się ubrał na rozdanie Oscarów. Laska jak szła na cotygodniowe disco to wyglądała jak Kim Kardashian, obcasy jak szczudła, codziennie pełny makijaż. Niestety, wszystkie te ubrania zrzucała potem jak wąż skórę, w jednym miejscu na podłodze - i w ten sposób pokryła całą płaską powierzchnię ciuchami, pojedynczymi butami i kubkami po awaryjnej wodzie na kaca. Jak skończyło się miejsce, wrzucała rzeczy na wysoką szafę. Miała dużo ubrań chyba - bo nigdy jej nie brakowało, mimo że nigdy nie prała. Ogólnie to problemu nie sprawiała, bo rzadko była w domu, a jej pokój to jej sprawa - gdyby nie to, że w końcu trzeba było po niej posprzątać, jak się wyniosła. No i drzwi trzymała ciągle otwarte - więc był wstyd jak ktoś przychodził do mnie.

Drugi delikwent był słodkim Alvaro - uwielbiał dziewczyny i miał takich wiele, choć sam twierdził, że szuka miłości, tylko na skróty. Koleżanki na niego leciały, bo zawsze był pachnący, dosyć przystojny i niegłupi. Sęk w tym, że każda dziewczyna była na raz - i to nie z jego wyboru. Jak przychodziła do nas to już nigdy więcej się nie pojawiała, po zobaczeniu syfu, który Alvaro wokół siebie robił. Jadł to, co wyżebrał od gotujących współlokatorów, a talerz wstawiał pod łóżko, co przyciągało robaczki i myszki. Talerzy miał tam już w pewnym momencie około 15 i wtedy zorientowaliśmy się, że wielu naczyń brakuje - się odnalazły, ale już nie do umycia. Alvaro gubił włosy, czarne, z głowy i nóg, więc pokrywały wszystko. W domu przemieniał się w Shreka, który palił papierochy w pokoju, przez co śmierdział on, ubrania, niezmieniana nigdy pościel. Więcej się perfumował, niż mył. Jeśli się mył, to kradł płyny do kąpieli innych ludzi - podobnie jedzenie. Wyśledziliśmy dopiero po kilku miesiącach, jak się przypadkiem zgadało w domu, że każdemu coś ginie. Dostał po głowie i odkupił trochę rzeczy. Ale sprzątania się nie nauczył, kiedyś w jego pokoju widziałem płaski klosz od lampy, który spadł na ziemię i leżał tak długo, aż wypełnił się kurzem dosłownie po brzegi.

- Wy jeszcze syfu nie znacie i nie wiecie, co to burdel [List od czytelnika]

Poza brudasami, są też nadmiernie pedantyczni ludzie i z nimi mieszka się łatwiej, choć też trudno. Jedna z koleżanek bardzo dużo prała - po kilka rzeczy jednocześnie, na długich programach. Pralka była zajęta ciągle, podobnie jak łazienka - w której albo się myła, albo ciągle sprzątała. Inna dziewczyna, która od kilku lat mieszkała w tym domu i przyjęła rolę administratora, krzyczała na ciebie, jeśli nie wytarłeś po sobie suszarki na naczynia. Czyli tak - myjesz talerz, odkładasz go na suszarkę na 1 minutę, wycierasz suchą ścierką i odkładasz do szafki, a potem wycierasz do sucha także suszarkę. Miało to jakiś sens, ale było cholernie upierdliwe, kiedy przyszedłeś po 12 godzinach pracy i chciałeś tylko zjeść, szybko się umyć i odpocząć chociaż pół godziny. Talerz wytarty 30 minut później nie wchodził w gre. Jeśli zrobiłeś coś, co było nie w deseń rygorystycznych zasad domowych - na przykład w pośpiechu do pracy zostawiłeś okruszek na blacie to po powrocie znalazłeś kartkę z opisem przewinienia. Najgorszy był jednak grafik sprzątania. Ogólnie to świetny i zdrowy pomysł, ale tu był przesadzony. Każdy miał rygorystycznie wyznaczoną datę, a nawet godzinę sprzątania - niezależnie czy pracowałeś, czy miałeś swoje plany, musiałeś albo się dostosować, albo kłócić o swoje. To było męczące. 

Kolejna współlokatorka nie była aż tak pedantyczna, ale nadrabiała hiperrodzinnością. Mieszkałem w domu tylko ja i rodzina z małym dzieckiem. Pani domu wpadała do pokoju bez pukania ze słodkim świergotem: - Mareczku, zjesz obiadek? A może chcesz herbatki? To było troskliwe i miłe z jej strony - dopóki nie zaczęła tego robić 10 razy dziennie. Do tego pouczała mnie na temat moich nawyków: na przykład powinienem być bardziej aktywny i biegać. Budziła mnie o 9 rano w sobotę i pytała czy pójdę wreszcie na jogging. W niedziele robiła mi zdrowe koktajle z sałaty. Aha, nie mogłem też siedzieć samotnie w pokoju, bo wpadała co pół godziny i zmuszała mnie psychicznie, żebym przyszedł pooglądać kreskówki z nią i jej córeczką, bo ,,pobędziemy razem, a samotność jest niezdrowa". Gdyby nie to, że jej mąż był naprawdę świetnym i przystojnym mężczyzną, to pomyślałbym, że ona planuje mnie zbałamucić. Na szczęście nie dałem się przekonać ciasteczkami. I nie wytrzymałem psychicznie presji gotowania się w środku, żeby jej nie zrównać z ziemią i jednoczesnego uśmiechania się i grzecznego odmawiania.

Kiedyś mieszkałem też z rodziną trochę starszych ode mnie ludzi, gdzie ojciec większość czasu spędzał na zaglądaniu do butelki, a kobieta w ciąży oglądała seriale i puszczała dzieci samopas. On widział we mnie głównie towarzysza libacji i zawsze po polsku (był Łotyszem) krzyczał do mnie ,,Chluśniem bo uśniem" - nie wiem, gdzie się tego nauczył. Kilka razy się z nim napiłem, ale on by tylko pił 7 dni po 24h więc nie dawałem rady, chciałem żyć! Poza tym małżonka robiła się nerwowa gdy on pił. A dzieci, były do tego stopnia zaniedbane i pozbawione zainteresowania, że potrafiły zrobić kupę na podłogę na środku łazienki albo sikać na dywan. Wyprowadziłem się po 3 miesiącach, jednak dramaty związane z alkoholem - częściej lub rzadziej, zdarzały się chyba wszędzie, gdzie mieszkało ponad 5 osób. Zawsze ktoś wypije i albo się rozżali, albo powie drugiemu to, co go gryzie. Takim sposobem słuchasz przez pół nocy płaczy albo krzyków albo bójek, a na końcu pijackich powrotów do normy, kiedy się godzą z głośnymi okrzykami radości.

- Wy jeszcze syfu nie znacie i nie wiecie, co to burdel [List od czytelnika]

Ogólnie to uważam, że każdy naród jest taki sam - są i pedanci, i brudasy, i dobrzy oraz źli ludzie z każdego kraju. Nie mogę jednak znieść kilku obyczai, głównie Azjatów. Chodzi mi o gotowanie, a jak wiadomo Azjaci gotują wszędzie, nawet w pokojach hotelowych. Przeżyłbym nawet te kafelki i kuchenkę wiecznie upieprzoną olbrzymią warstwą tłuszczu, który im pryska z tych woków czy co tam oni używają. Niestety - Azjaci z którymi mieszkałem nigdy nie myli garów. Używali zamiast tego tak zwanej myjni bezdotykowej: wlewasz trochę wody do tłustego garnka, kołujesz kołujesz, wylewasz wodę. Ręce się nie pobrudzą, a gar czysty i myk do szafki. Tam nauczyłem się zawsze myć naczynia przed użyciem, zaraz po tym jak najpierw kilka razy prawie zwymiotowałem po odkryciu oblepionych resztkami naczyń. No i jedzenie - ich żarcie po prostu jest bardzo aromatyczne, czyli mówiąc po naszemu - strasznie śmierdzi. Jak nie dziwna kapusta, to rybie łby, a nawet cały łeb świni albo owcy. A, no a jeden z moich współlokatorów z jakiegoś azjatyckiego kraju oswoił sobie lisa. Wiecie, czasem przez ogródek przechodzą te futrzaki, ale ten po prostu wpadał do nas na obiad. Kolega siadał sobie na progu z jedzeniem - chyba o ustalonej porze - i jeden kawałeczek dla siebie, jeden dla liska. Totalna masakra, bo jak pojechał na wakacje, to niezaopiekowany lis nażarł się ze śmietnika, który rozwlókł po całym ogrodzie. 

Z bardziej zabawnych historii mam dwie. Jeden agent, z którym mieszkałem, był zupełnie ześwirowany. Uwielbiał grać w warcaby, ale ta gra doprowadzała go do szewskiej pasji porównywalnej z tą odczuwaną przez kibiców na Żylecie. Jak przegrywał, to darł się jakby go ze skóry obdzierali, więc wkrótce już nikt z nim nie chciał grać. To jednak mu nie przeszkadzało, bo grał sam ze sobą - i też się darł, jak przegrywał, ale nie wiem dokładnie od czego zależało które Ja zwyciężyło w pojedynku Mietek vs. Mietek i dlaczego raz się cieszył, że wygrał, a raz nie. Drugą jego pasją była Stawka większa niż życie, którą oglądał do snu i do obiadu codziennie. Do dziś prześladuje mnie ta melodyjka i głos Hansa Klossa. Jak popił to lubił opowiadać, że wkrótce zaliczy wszystkie dziewczyny w domu - były trzy dwudziestolatki, a on mógłby być ich dziadkiem, więc nie bardzo im się to podobało. Mietek przy wyprowadzce groził właścicielowi motyką - kiedy ten nie chciał oddać mu depozytu ze względu na złamane łóżko.

Druga historia dotyczy starszej babeczki z którą mieszkałem - miała koło 50, była samotna i bardzo dużo pracowała. Z nami mieszkał jeszcze jeden Włoch, syfiarz ale nieszkodliwy. Mieszkanie było w dość dobrej okolicy i zadbane, więc przy wprowadzce miałem wielkie nadzieje. Przez pierwszy miesiąc było spokojnie, ale potem zacząłem mieć wątpliwości co do czystości współlokatorki. Ciągle gotowała jakieś śmierdzące jedzenie z dziwnych warzyw, a wodę z tym zapachem wylewała dosłownie wszędzie. W kuchni notorycznie zostawiała słoiki z popsutymi resztkami w środku. Jakby tego było mało, w domu nosiła w buzi kawałek patyka, którym grzebała sobie w zębach. Nie powiem, zaczynałem się martwić tymi jej zwyczajami, kiedy pewnego razu mój kochany Włoch rozwiał moje wątpliwości. Okazało się, że Cynthia nie jest syfiarą, tylko ekologiem. Kolega mieszkał z nią dłużej i znali się lepiej, więc rozumiał o co chodzi. Okazało się że słoik z gnojem w kuchni to nie śmieci, tylko domowy kompostownik, gdzie współlokatorka ładowała wszystkie organiczne resztki - obierki z ziemniaków, fusy z herbaty i tak dalej, a potem zakopywała te resztki w ogródku jako nawóz dla roślinek. Śmierdząca woda była tak naprawdę nie jedzeniem, ale naparem z jakichś orzechów, którego koleżanka używała zamiast płynu do naczyń i do mycia kuchni. A gałąź w zębach to była szczoteczka do zębów. Naturalna.



Komentarze



Podobne artykuły


Ciekawostki

Anglia.today/reklama
ANGLIA.today
Anglia.today/firmy
Znajdź nas na facebook'u!
Anglia.today/reklama