mieszkasz w londynie banner

"Brytyjska Polonia powinna mieć własnego posła w polskim sejmie" - rozmowa z Przemkiem Skwirczynskim (9)

"Brytyjska Polonia powinna mieć własnego posła w polskim sejmie. Musimy dbać o swoje interesy, nikt tego za nas nie zrobi" – rozmowa z Przemkiem Skwirczynskim, działaczem społecznym i przewodniczącym Friends of Poland in UKIP.

Przemek Skwirczynski / Inside Croydon
Przemek Skwirczynski / Inside Croydon

To oryginalny pomysł.
– Jeśli można we Francji, to dlaczego nie w Polsce? Niedawno nad Sekwaną wprowadzono nowe uregulowania, zgodnie z którymi w tamtejszym Zgromadzeniu Narodowym znalazło się jedenastu posłów reprezentujących francuską diasporę rozrzuconą po różnych zakątkach świata, w tym również w Wielkiej Brytanii. A zauważmy, że Francuzów mieszka na Wyspach znacznie mniej niż naszych rodaków.

Jest realna szansa przeforsowania podobnej koncepcji w Polsce?
– Mam nadzieję. Mnie, jako inicjatora tego pomysłu, cieszy fakt, że zaczyna on funkcjonować własnym życiem, a na portalach internetowych popiera go wiele osób. Wśród nich są m.in. Jerzy Byczyński, prezes Patriae Fidelis i koordynator akcji British Poles oraz Bogdan Kurzeja, koordynator Klubu Republikańskiego w Wielkiej Brytanii. To dopiero początek drogi, wierzę jednak, że wspólnymi siłami osiągniemy sukces. 

W sejmie działa już Komisja Łączności z Polakami za Granicą.
– Co z tego, skoro jej członkowie na co dzień przebywają w kraju. Co oni mogą wiedzieć o naszych problemach? Ich znajomość tematu opiera się na teorii, dlatego często słyszymy z ust rządzących, jakim to dobrodziejstwem jest życie na emigracji. Najlepiej samemu wyjechać, spróbować tego na własnej skórze i wtedy się wypowiadać. 

Reprezentant Polonii powinien mieszkać na Wyspach?
– Zdecydowanie. To warunek tego, żeby mógł na bieżąco spotykać się z wyborcami i trzymać rękę na pulsie ich problemów. Do Warszawy latałby na posiedzenia i głosowania ważne z punktu widzenia emigrantów.

A co Polonią z innych regionów świata?
– Również powinna walczyć o swoje prawa. Przy czym uważam, że zmiany najlepiej wprowadzać stopniowo, żeby przyzwyczaić do tego ludzi i unaocznić im, jakie korzyści płyną z takiego rozwiązania. A dlaczego zacząć od Polonii brytyjskiej? Bo jest bardzo specyficzna. Abstrahując od jej wielkości i faktu, że od lat Wyspy są najpowszechniejszym kierunkiem emigracji, ważną rolę grają również wątki historyczne. To w Londynie urzędował prezydent i rząd na uchodźstwie, to nad Tamizą mieściło się centrum emigracyjnego życia politycznego i kulturalnego.

W ostatnich latach, szczególnie po wstąpieniu Polski do UE, wykształcił się nowy model emigranta. Młodzi ludzie, początkowo skoncentrowani głównie na zapewnieniu sobie bytu, obecnie stają się bardziej aktywni, coraz chętniej angażują się w działania polityczne i społeczne. Widać to chociażby po liczbie inicjatyw i organizacji, których stale przybywa.

Warto podkreślić, że podczas ostatnich wyborów prezydenckich na Wyspach głosowało 74 tys. Polaków. To sporo, jednak biorąc pod uwagę ilość mieszkających tu rodaków ta frekwencja mogłaby być znacznie wyższa. Z jednej strony świadczy to o tym, że emigranci interesują się sytuacją w kraju, a z drugiej, że jest jeszcze duży potencjał do wykorzystania. Myślę, że jeśli dostaniemy gwarancję uzyskania mandatu poselskiego, liczba osób chodzących do urn będzie jeszcze większa.

Jeden poseł coś zmieni?
– Kropla drąży skałę. My, jako Polonia, musimy domagać się realizowania naszych praw. Na Wyspach mieszka grubo ponad milion Polaków, większość z nich opuściła rodzinny kraj, bo nie miała innego wyjścia – wyjechali za chlebem. Wielu nie wyklucza powrotu do Polski, dlatego powinniśmy mieć prawo do decydowania o tym, co się tam dzieje.

Poza pobudkami patriotycznymi są też kwestie praktyczne. Zdecydowana większość z nas ma nad Wisłą rodziny, rodziców, niektórzy również nieruchomości. Nie jesteśmy tylko kibicami i widzami z zewnątrz – przesyłamy pieniądze do kraju, inwestujemy w różne przedsięwzięcia. To nie są małe kwoty.

Jest jeszcze jeden ważki argument – w różnych zakątkach świata żyje obecnie ponad 20 mln Polaków. Według prognoz demografów, ta liczba będzie się zwiększać, a rodaków w kraju, niestety, maleć. Polityka prorodzinna, a w zasadzie jej brak, zbiera swoje żniwo. 

Obecnie emigranci mają prawo do głosowania w wyborach do sejmu.
– Owszem, tylko zauważmy, jak to wygląda w praktyce. Wszyscy Polacy mieszkający za granicą głosują w warszawskim okręgu nr 19. Patrząc na ludzi, którzy dostali się z niego do poselskich ław, łatwo zauważyć, że nijak mają się oni do Polonii. Przykładowo, w 2011 roku wśród 20 posłów pochodzących z tego okręgu byli m.in. Donald Tusk, Jan Vincent Rostowski, Joanna Fabisiak, Roman Kosecki (wszyscy z Platformy Obywatelskiej), Jarosław Kaczyński, Mariusz Kamiński, Małgorzata Gosiewska, Przemysław Wipler (wszyscy Prawo i Sprawiedliwość), a także Janusz Palikot i Wanda Nowicka (z Ruchu Palikota) oraz Ryszard Kalisz z Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Przeglądając te nazwiska wniosek nasuwa się sam – okręg jest zapchany oligarchami polskiej sceny politycznej, a zabetonowany układ nie pozwala wprowadzić nowych twarzy.

Patowa sytuacja.
– Ale nie beznadziejna. Bo obok starań o własnego posła powinniśmy naciskać na poszczególne partie, żeby umieszczały emigrantów na wysokich miejscach na swoich listach. W przypadku najbardziej znanych formacji trudno na to liczyć, natomiast inaczej ma się sprawa z Pawłem Kukizem, który potrzebuje ludzi. I tu otwiera się szansa. Tym bardziej, że on sam wielokrotnie bardzo pozytywnie wypowiadał się na temat emigrantów, a w czasie kampanii prezydenckiej spotkał się z brytyjską Polonią, wśród której zresztą zdecydowanie wygrał…

Źródło: Dariusz Dzikowski / Goniec.com



Komentarze



Imigracja

Anglia.today/reklama
ANGLIA.today
Anglia.today/firmy
Znajdź nas na facebook'u!
Anglia.today/reklama