mieszkasz w londynie banner

Londyn to nie Anglia - wywiad (2)

Czemu rozmowa o rasizmie nie ma w Polsce dużo sensu, ile czasu Polak sączy drinka, kto szanuje sprzątaczki - o tym rozmawiamy z Agnieszką, która przyjechała do Wielkiej Brytanii rok temu.

Londyn to nie Anglia - wywiad
Londyn to nie Anglia - wywiad

Agnieszka przyjechała do Wielkiej Brytanii nieco ponad rok temu. W tym czasie pracowała sprzątając prywatne domy, w restauracji, a od pewnego czasu pracuje w Burger Kingu - najpierw na kuchni, później jako kasjerka, a teraz jako menedżer zmiany. Opowiedziała jak taki wyjazd wygląda z jej perspektywy, czego można się dowiedzieć o innym kraju, o rodakach na emigracji, a także dlaczego wypowiadanie się o rasizmie będąc w Polsce jest bez sensu.

Początki

Agnieszka pracowała w Polsce w sklepie. "To był niewielki, rodzinny sklep zabijany przez konkurencję wielkich marketów" - mówi. Wraz z mężem pochodzą z Lubelszczyzny. "Najlepsze perspektywy w regionie to wyjazd" - mówi i zaraz dodaje: "W pewnym momencie mieliśmy więcej znajomych w Warszawie, w Poznaniu albo w Londynie - w Lublinie nie zostaje praktycznie nikt". Pracowali z mężem przez kilka lat, jednak nie znaleźli niczego satysfakcjonującego. Mąż po marketingu był jednym z tysięcy corocznie wychodzących z uczelni na rynek pracy specjalistów od wszystkiego i niczego jednocześnie. 

Decyzja o wyjeździe zapadła w przeciągu paru miesięcy. "Po przyjeździe pomogli nam przyjaciele - zatrzymaliśmy się kilka dni u nich, a później przenieśliśmy się na drugi koniec Londynu. Teraz widzimy ich nawet rzadziej niż gdy mieszkaliśmy w Polsce" - mówi Agnieszka. Podkreśla, że z daleka człowiek nie zdaje sobie sprawy jak rozdzielające są odległości w Londynie: "2 godziny transportem publicznym w jedną stronę, w dodatku w weekendy przeważnie są remonty, które zawsze przeszkadzają jeśli chce się przejechać przez pół miasta - kończy się to tak, że takich dalekich znajomych w zasadzie się nie odwiedza".

Praca

Zaczepienie się na początku to podstawa przeżycia. Agnieszka znalazła pracę w knajpce na Canary Wharf. Szybko jednak okazało się, że to praca na czarno, szef z 5 funtów za godzinę potrąca jeszcze posiłek, a czasami w ogóle kręci z płaceniem. Uciekła stamtąd po tygodniu, pieniędzy nie zobaczyła nigdy. 

"Szukając czegokolwiek odezwałam się do koleżanki, która wcześniej zajmowała się sprzątaniem i miała kontakty do kilku klientek" - mówi. 10 funtów za godzinę do ręki, płaca od razu po pracy - tak dorabiała sobie przez parę miesięcy.

"Najbardziej niespodziewane dla mnie było, że wszyscy ci ludzie traktowali mnie jak człowieka - czego hindus z restauracji nie robił. Byli mili, uśmiechnięci. W knajpce byłam na posyłki, tutaj czułam się zdecydowanie lepiej."

Szok w Burger Kingu

Legalną pracę na pełny etat Agnieszka znalazła po 2 miesiącach, był to Burger King. "Zmiana 10 godzin, praktycznie cały czas na nogach, oprócz 30 minut przerwy. Kierownika trzeba było pytać nawet żeby pójść się napić wody - mimo że w kuchni cały czas było gorąco" - mówi. Praca na kuchni zmieniła się w pracę na kasie. Okazało się to błogosławieństwem jeśli chodzi o język: "Na początku miałam bardzo duży problem ze zrozumieniem na przykład starszych ludzi z silnym akcentem. Oni zresztą też mnie nie rozumieli jeżeli nie siliłam się na akcent" - śmieje się Agnieszka. Po paru miesiącach jednak nawet silny akcent przestał sprawiać jej problem, bardzo ośmieliła się w rozmowach.

Później została managerem - do jej obowiązków należała między innymi rozmowa z niezadowolonymi klientami. "Przeważnie sprawa jest prosta - u nas klient ma zawsze rację, nawet jeżeli przyjdzie dzień później i powie, że kanapka na wynos była za zimna - mamy obowiązek dać mu nową". Czasami jednak ludzie traktują ją jak worek treningowy: "Będąc w Polsce nie rozumiałam zjawiska rasizmu - ludzie to przecież ludzie. Dopiero będąc tutaj menedżerem zrozumiałam o co chodzi".

Agnieszka opowiada jak niezadowolona, czarnoskóra klientka zaczęła krzyczeć, że zamawiała frytki, chociaż wcale ich nie zamawiała. Normalna procedura to dodanie ich dla świętego spokoju. Zdenerwowana klienta jednak wzięła całą tacę z jedzeniem i rzuciła nią w dziewczynę: "Za pierwszym razem nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Z czasem jednak przywykłam i już się tak nie przejmuję" - mówi. Nie był to jedyny przypadek - raz czarnoskóra klientka oblała się herbatą. Zaczęła krzyczeć, że to jeden z pracowników tak podniósł tacę, że na nią wylał napój. Po przejrzeniu zapisu monitoringu okazało się, że nikt oprócz klientki nie dotykał tej tacy - zdenerwowana wyrwała innemu klientowi tacę z jedzeniem i rzuciła ją na podłogę.

Kradzież akceptowana

Przynajmniej raz w tygodniu pojawiają się w lokalu złodzieje i oszuści. Rozmieniają pieniądze i zagadują kasjerów tak długo, aż wyciągną od nich wielokrotnie więcej niż im podali. Inni z kolei podmieniają pliki banknotów, zamieniają je, zagadują - w ten sposób jednorazowo "znika" nawet 100 funtów. Polityka firmy jest taka, że pracownik, który dał się oszukać, musi sam zwrócić te pieniądze - managerowi nie wolno jednak wezwać policji. Po prostu musi poinformować złodzieja, że ten został odkryty i mieć nadzieję, że ten po prostu ucieknie. "Nie mam zamiaru szarpać się z dwoma kolesiami" - mówi Agnieszka - "ale taki sposób tylko ich zachęca do próbowania ponownie. Niektórych już rozpoznaję i od razu uczulam na nich kasjerów".

Polak na obczyźnie

"Niektórzy robią wrażenie, jakby musieli wydzierać pazurami pieniądze na jedzenie" mówi Agnieszka. "Na piwo nie pójdą, a jak już pójdą to rozmawiają tylko o tym jak to słabo płacą im w pracy. Kiedy się im postawi piwo to się nie odwdzięczają, tylko sączą je przez godzinę, a później idą do domu" - tak opisuje niektórych poznanych na emigracji Polaków. "Większość jest oczywiście w porządku, ale to niesamowite, że niektórzy dla 5 funtów potrafią wyjść na łachudrę" - mówi. 

Londyn to nie Anglia

"Pojechaliśmy do Londynu, bo to przecież stolica - kultura, królowa, angielskość. A wcale nieprawda. W Londynie jest chyba najmniej Anglii, przynajmniej na co dzień" - mówi. Rozważają przeprowadzkę do innego miasta, najchętniej do niewielkiej miejscowości. Jak mówi Agnieszka - chcąc doświadczyć angielskiej kultury trzeba szukać miasta, gdzie jest więcej niż połowa ludności rdzennej. "Pewnie, musicale i teatr są w Londynie jedne z najlepszych na świecie. Ale jak już jadę do teatru 1,5 godziny metrem to równie dobrze mogę jechać 2,5 godziny pociągiem, a poza tym mieszkać w naprawdę angielskim miasteczku" - mówi.

Agnieszka pracuje z jednym rodowitym Brytyjczykiem, jej mąż nie pracuje z żadnym. "To tak jakby pojechać gdziekolwiek indziej - w domu siedzi się w swoim pokoju, w pracy siedzi się z ludźmi z Europy Wschodniej i z Indii lub Bangladeszu. Wyjście raz na tydzień do pubu to nie jest życie w innej kulturze, o którym myśleliśmy przyjeżdżając tu" - dodaje. 

Podróże kształcą

"Najbardziej nie chciałam zdziadzieć w domu. W wieku 25 lat już osiąść gdzieś na stałe? To jak przedwczesna emerytura..." - zdecydowanie mówi Agnieszka. Razem z mężem planują przenosiny - może do Szkocji, może do Norwegii. O powrocie do Polski też myślą: "Za jakiś czas na pewno trzeba będzie wrócić. Rodzice nie robią się młodsi, najtrwalsze przyjaźnie też są w Polsce. Ale to jeszcze kilka lat" - mówi.

Tagi: Finanse



Komentarze

aglia niestety taka jest prawda
Rzeczowo!!! Samo sedno!!! 😉


Imigracja

Anglia.today/reklama
ANGLIA.today
Anglia.today/firmy
Znajdź nas na facebook'u!
Anglia.today/reklama