Pieniadze.org.ukPieniadze.org.ukPieniadze.org.ukPieniadze.org.ukPieniadze.org.uk

Zapiski trzydziestoletniego imigranta #2: Poszukiwanie mieszkania

Ogólne początki opisałem w zeszłym tygodniu, wtedy też obiecałem kontynuować ten temat. Dziś opowieść o poszukiwaniu mieszkania. Będzie bestia, będzie pożar, będzie wyluzowany landlord, zapraszam.

Detroit / SPDA agency
Detroit / SPDA agency

Pierwszą radą, jakiej nam udzielono przy okazji przyjazdu, było "najpierw znajdźcie mieszkanie". Rada ta była udzielona z dwóch powodów: po pierwsze póki co okazało się to trudniejsze od znalezienia pracy, a po drugie trudno jeździć oglądać mieszkania spędzając całe dnie w pracy. Na początku zatrzymaliśmy się u znajomych - pisząc o znajomych mam na myśli praktycznie cały dom zamieszkany przez bliższych bądź dalszych znajomych, z którymi poznaliśmy się przy okazji wspólnego hobby, jakim są gry fabularne (w wersji podręcznik i ołówek, nie monitora szkiełko i oko). Z tego też względu najchętniej zostalibyśmy od razu w tamtym domu, ale realia kubaturowe są nieubłagane, mimo zaklinania ściany nie chciały się rozstąpić.

 

I'm useless, but not for long

Pierwszego dnia od razu umówiliśmy się na oglądanie pokoju znalezionego na Popularnym Serwisie Dla Polaków. Domek był ładny, mieszkańcy wydawali się sympatyczni - odstraszyło nas to, że z nami na jedną łazienkę łączoną z ubikacją przypadnie 7 osób. No i wilgoć. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wilgoć jest tutaj generalnie wszechobecnym problemem (żona już wcześniej w Wielkiej Brytanii była, więc miała o tym lepsze pojęcie). W Polsce mieszkałem albo w kamienicy, albo w domu z kamienia - więc sporą część mojego świadomego, samodzielnego życia poświęciłem na walkę ze ścianami-przytulankami. Wypracowałem przez ten czas zespół zasad, których przestrzeganie pozwala zminimalizować problem. 

Czasami warto powstrzymać ciekawość


[fot: Czasami warto powstrzymać ciekawość]

Okazało się, że w Londynie takich zasad mało kto przestrzega. Koncepcje takiego stanu rzeczy mam dwie. Bardziej prawdopodobna, działająca tak samo dobrze w odniesieniu do polskich warunków jest taka, że ludzie bardziej dbają o swoje niż o cudze - a z całej masy oglądanych domów na takie z mieszkającym w nich landlordem natknęliśmy się dwa. Poza tymi wyjątkami były to same wynajmowane w całości budynki.

Zasady wyprowadzania wilgoci z domu są dość proste - trzeba grzać i wietrzyć, gotując trzeba uruchamiać wyciąg (zwłaszcza gotując na palniku gazowym, ze spalania gazu powstaje sporo pary wodnej) i otworzyć okna, po prysznicu trzeba obowiązkowo przewietrzyć łazienkę. Proste, ale drogie - zwłaszcza biorąc pod uwagę ceny prądu i gazu w Londynie. Mieszkając gdzieś przez 2 lata człowiek patrzy na rachunki, a nie na utrzymanie domu w dobrym stanie przez 50 lat. A nie swojego to już w ogóle. Nawet jeżeli landlord w domu nie mieszka, to grzanie profilaktycznie jest ustawione na dość niskie - więc wietrząc wypuszczamy ciepło. Wychowywani w ten sposób przez właściciela szybko się uczymy, że wietrzenie to zbytek.

No więc wilgoć. Zaczęliśmy zwracać baczniejszą uwagę na zdjęcia - oprócz świeżo odnowionych łazienek w zasadzie nie zdarzają się takie bez grzyba. Przyjęliśmy taki stan rzeczy za naturalny, szukaliśmy po prostu czegoś z liczbą osób na łazienkę w okolicach 5 (licząc z nami). Kolejne oglądaliśmy mieszkanie - spodobała nam się idea, że oprócz nas w mieszkaniu będzie tylko jedna osoba. Pokój był całkiem ładny, łazienka puchata, ale w zasadzie było ok. Na koniec pani właścicielka mówi, że "mieszka tu jeszcze piesek". Profilaktycznie pytam jakiej rasy. "Rottweiler" odpowiada pani. Ja się nieco przestraszyłem, żonie zaświeciły się oczy - ostatecznie postanowiliśmy o tym pomyśleć i skontaktować się z panią później.

[fot. Słowo-klucz takich ogłoszeń to "Cozy" - przytulny]

Oglądając w międzyczasie pokaźną liczbę pokojów szukaliśmy czegoś z ludźmi z możliwie różnych krajów - skoro już wyjechaliśmy z Polski to także po to, żeby poćwiczyć język. Dość szybko życie zweryfikowało plany pogadania ze współlokatorami - większość mówiła, że pracuje od rana do nocy (nie do wieczora typu 18), do tego jedni szli do pracy o 5, inni wracali o 23. W sporej części domów nie było też salonu, gdzie można by posiedzieć i pogadać - bo był przerobiony na pokoje, a kuchnie przeważnie były dość małe. Ostatecznie porzuciliśmy koncepcję szukania wg "klucza lokatorów".


I am the God of hellfire, and I bring you... Fire

Kilka dni później postanowiliśmy jednak odezwać się do pani z psem - żona mnie przekonała, że jakby to był morderca, to by nie siedział tak cicho gdy ostatnio tam byliśmy. Plus ona naprawdę uwielbia duże psy (dla mnie z kolei baset to taki akurat rozmiar szczekacza). Zadzwoniliśmy, umówiliśmy się na następny dzień. Następnego dnia zbieramy się, już prawie jesteśmy w drzwiach, gdy dzwoni pani. Odbieram nie przeczuwając kłopotów (człowiek się powoli uczy). "Wstawiłam świeczkę zapachową do pokoju i zajęły się firanki i materac, muszę odnowić pokój". W tym momencie byliśmy już po tygodniu szukania pokoju i wyjeździliśmy małą fortunkę po Londynie. Źle się też czuliśmy nadużywając gościnności znajomych i ich landlorda. Trochę nas to dobiło.

[fot: Pokój 200 funtów tygodniowo, ale za to czteroosobowy]

Trzeba było zacząć szukanie od początku. Po drodze jeszcze nas jedna wynajmująca próbowała okraść, ale oszustwo zostawię na kolejny wpis. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że znajomi, którzy trafili fajne pokoje za 120 funtów plus rachunki wykazali się sporą dozą szczęścia, a nieznajomi opowiadający o takich pokojach "nieco" koloryzują - zaczęliśmy więc po prostu szukać pokoju, bez szczególnego zwracania uwagi na cenę. Odbyliśmy wtedy najdłuższą podróż na drugi koniec Londynu - w obie strony około 5 godzin. Pokój był dość ładny, ale reszta nijak nie nawiązywała do zdjęć ("reszta" to mocne słowo, łazienki, kuchni i korytarza pewnie w sumie nie było 5m2). Agentka, Czeszka, która przez telefon mówiła, że tam mieszka i szuka kogoś na miejsce wyprowadzających się znajomych, okazała się pracować w agencji. Powiedziała "jeżeli widzicie pokój, który wam się podoba, to trzeba go od razu brać". Faktycznie pomogło nam to podjąć decyzję, wyszliśmy w 5 sekund.

Zdjęcia to w ogóle ciekawy temat. Takie sprzed 5 lat to jeszcze mogą być - bo to dalej to samo mieszkanie, ale czystsze. Niektórzy, jak w przykładzie powyżej, dają jedno prawdziwe zdjęcie i kilka przyprawionych szczyptą fantazji. Popularnym zabiegiem są "panoramy sferyczne" - oglądając takie zdjęcie niby wiemy, że jest łamane, ale to w dalszym ciągu jednak forma oszukiwania. Jeżeli komuś się nie chce przyłożyć to otrzymujemy kuchnię, w której blat "zgina się" kilka razy, natomiast niektórzy montują zdjęcia cwaniej, łamanie wypada na jednobarwnej ścianie, odrobina rozmywania w Photoshopie (albo dowolnym darmowym programie z narzędziem rozmycia) i już mamy piękną kuchnię z oknami na 7 stron świata.

[fot. Kuchnia fotografowana techniką "panoramy" - warto zwrócić uwagę na nowoczesne, łamane okna]

 

To dziś jest dzień, ostatni dzień, zarazem pierwszy dzień
reszty życia twojego

Pojechaliśmy obejrzeć pokój przy Swiss Cottage - wszyscy się wyprowadzili, więc będziemy tam pierwsi, możemy wybrać pokój. Oglądamy, wracamy do znajomych zastanawiając się. W domu od razu zapada decyzja: bierzemy! Dzwonię, pokój przez nas upatrzony jest jeszcze wolny. Dopytujemy ile osób będzie mieszkać (max 5), czy odnowi łazienkę (oczywiście), czy to z opłatami (tak, oprócz housekeeperki). Landlord jest przemiły, nazywa się [niewymawialne], ale mówi, żeby nazywać go Andy. Pierwszej nocy odkrywamy, że łóżko ma wyłamany szczebelek, 1/4 materaca się zapada przy leciutkim dotknięciu. Dzwonię do Andy'ego "No worries, Maciek, I'll get you a new one". Mieszkaliśmy tam tydzień, nie doczekaliśmy się. Najczęstszym smsem od Andy'ego było "Don't worry, Maciek."

Przy okazji ciekawostka - moja żona ma ksywę "Zombiak". Spała na tej części z zapadającym się materacem (jest niższa, więc zapadlina wypadała jej w okolicy nóg, ja bym musiał spać w trybie "scyzoryk połowicznie otwarty"). Budzę się którejś nocy i widzę, że żonę dziura nieco wciągnęła - próbowała się wyczołgać, ale zasnęła. Wyglądała jak autentyczny zombiak wyczołgujący się z grobu.

Mieszkając przy Swiss Cottage bardzo doceniliśmy grube angielskie drzwi i drewniane stropy - sąsiedzi z dołu byli miłośnikami techno, ale było to słychać tylko na korytarzu, w pokoju było cichutko. Właściciel nie oszczędzał na ogrzewaniu, więc grzyba w zasadzie nie było (poza łazienką oczywiście). Przyłożyliśmy się z żoną do odszorowania łazienki, zrobiło się naprawdę przytulnie, chętnie byśmy tam zostali. Podczas dorabiania kluczy odkryliśmy, że takich jak do naszego pokoju się nie dorabia - są gotowce, bodajże 30 wzorów. Podaje się numer i wychodzi się z nowym kluczem po 10 sekundach.

Był taki facet, nazywał się Edward Murphy. Zasłynął on powiedzeniem  "Jeśli ten facet ma jakąkolwiek możliwość zrobienia błędu, zrobi go." Później dorobiono do tego 517 nowych powiedzeń, znanych jako prawa Murphy'ego. W prostych słowach chodzi o to, że jeżeli coś może pójść źle, to pójdzie. Praktycznie natychmiast po umoszczeniu się w nowym mieszkaniu otrzymałem propozycję fajnej pracy w miejscu oddalonym o 90 minut jazdy pociągiem. Oczywiście nie można tego nazwać nieszczęściem, podobnie jak tego, że w takiej sytuacji w ciągu jednego dnia znaleźliśmy ludzi, którzy byli chętni wprowadzić się na nasze miejsce i dać nam do ręki pieniądze zapłacone landlordowi jako depozyt i czynsz z góry. Niemniej czuć w tym pewien czar przewrotności losu, że w ciągu trzech dni musieliśmy znowu zacząć szukać mieszkania.

[fot. Tutaj widzimy ładniejsze łamanie na ścianie - gdyby nie blat łamanie mogłoby być prawie niewidoczne. Na pierwszy rzut oka]

 

Dla nich trud skończony

Załatwiając zmianę mieszkania na dwa fronty odkryłem, że banki w Anglii działają dość szybko. Przelew w piątek wieczorem? W Polsce byłby w poniedziałek, tu jest po 30 minutach. A jeszcze kilka lat temu to Polska była w awangardzie zmian, gdy u nas przelew szedł 2 dni, a na zachodzie Europy 3. Już nie mieliśmy pokoju, godzina 22, stoimy pod mieszkaniem, do którego mamy się wprowadzić. Właściciel miał być o 22, spóźnia się. Kontaktuję się z nim przez telefon i słyszę "Żadne pieniądze nie wpłynęły". Trochę panikuję, bo to większość pieniędzy jakie mamy, a wypłata złotówek z bankomatu po bankowym kursie kosztuje majątek (mój bank na dzień wypłaty kupował funty po 5,38 a sprzedawał po 5,81). Kombinuję, dzwonię do znajomego po awaryjną pożyczkę. Przychodzi sms od nowego landlorda "Ok, I have it.". 22:35 - dokładna data uwierzenia, że w UK przelewy międzybankowe są szybkie. Mieszkamy, można odetchnąć.

Tak wyglądało nasze znalezienie póki co ostatecznego mieszkania, po drodze była jeszcze wspomniana próba oszustwa. Z kolei koleżankę w żywe oczy okłamała agencja - ale o tym, oraz o innych oszustwach, za tydzień.  

 

[Zdjęcia w artykule pochodzą z ogłoszeń w serwisie Gumtree]

[śródtytuły pochodzą z piosenek: "4 pokoje" Kazika Staszewskiego; "Clint Eastwood" Gorillazów; "Fire" Arthura Browna]

 

Tagi: Finanse



Komentarze



Podobne artykuły


Imigracja

Anglia.today/reklama
ANGLIA.today
Anglia.today/firmy
Znajdź nas na facebook'u!
Anglia.today/reklama