mieszkasz w londynie banner

Niepokojące historie 5 statków widmo

Znikające z całą załogą i pojawiające się później puste statki od dawna rozpalają wyobraźnię. Oto historie kilku z nich.

Zmumifikowany kapitan statku Sayo
Zmumifikowany kapitan statku Sayo

Historie statków widmo czasami składają się po prostu z dwóch faktów: zniknięcia z załogą i późniejszego dryfowania bez załogi. W kilku jednak przypadkach udało się ustalić zdecydowanie więcej. Oto pięć takich historii.

Sayo

To zdecydowanie najświeższy przykład - jacht zniknął w 2010 roku, by zostać odnalezionym w tym roku w lutym. Zdjęcie pokazuje dość dobrze czemu jest to szczególnie interesująca sprawa.

Manfred Fritz Bajorat wypłynął z Martyniki w 2010 roku. Był pogrążony w żalu, pochował właśnie swoją żonę Claudię, która przegrała walkę z nowotworem. Mężczyzna ostatni raz był widziany kiedy wieczorem oddalał się od wyspy swoim jachtem Sayo. Nikt go nie widział ani nie słyszał przez 6 lat.

25 lutego tego roku dwóch rybaków dostrzegło jacht pływający u wybrzeży Filipin. Pozbawiona masztów jednostka zainteresowała ich natychmiast, postanowili więc wejść na pokład i dokładnie sprawdzić co się stało. Nie byli przygotowani na to, że łódź jest nadal prowadzona przez jej martwego kapitana.

Niepokojące historie 5 statków widmo

Obok niego leżały zdjęcia jego zmarłej żony oraz list adresowany do niej. Wokół porozrzucane były ubrania i konserwy. Na początku podejrzewano, że ktoś przyczynił się do śmierci Manfreda, jednak nie odnaleziono żadnych wskazujących na to śladów.

Zmumifikowane zwłoki mężczyzny cały czas siedziały przy radiu. Wydaje się, że mężczyzna zmarł podczas wzywania pomocy. Jego ciało zostało zakonserwowane przez suche, oceaniczne wiatry niosące drobinki soli. W połączeniu z wysokimi temperaturami zmumifikowały ciało kapitana.

Mężczyzna spędził tak 6 lat, dryfując otoczony zdjęciami żony, z ręką wyciągniętą w kierunku radia, najprawdopodobniej chcąc wezwać pomoc. 

Policja zamknęła sprawę jachtu Sayo, kapitan zostanie pochowany obok swojej żony na Martynice.

Ocean Wave

Bas Jan Ader był artystą konceptualnym urodzonym w Holandii. Jego prace, instalacje i performance'y znaczył smutek i rozpacz. Zyskał popularność szczególnie w USA. W 1975 roku wyruszył w podróż z Cape Cod w Massachusetts swoją łódeczką Ocean Wave. Miał dotrzeć przez Atlantyk do Falmouth w Kornwalii. 

Niepokojące historie 5 statków widmo

Trzy tygodnie od wyruszenia utracono z nim łączność radiową. Dziesięć miesięcy później Ocean Wave dostrzeżono dryfujący przy wybrzeżach Irlandii. Nigdzie jednak nie udało się odnaleźć ciała artysty. 

Jego matka miała wizję przepowiadającą śmierć syna. Pod jej wpływem napisała wiersz "From the Deep Waters of Sleep":

From the deep waters of sleep I wake up to consciousness.
In the distance I hear a train rumbling in the early morning.
It is going East and passes the border.
Then it will stop.
I feel my heart beating too.
It will go on beating for some time.
Then it will stop.
I wonder if the little heart that has beaten with mine, has stopped.
When he passed the border of birth, I laid him at my breast, Rocked him in my arms. He was very small then.
A white body of a man, rocked in the arms of the waves, Is very small too.
What are we in the infinity of ocean and sky? A small baby at the breast of eternity.
Have you heard of happiness Springing from a deep well of sorrow?
Of love, springing from pain and despondency, agony and death?
Such is mine.

Wiele osób było, i nadal jest, przekonanych, że śmierć artysty, czy też jej upozorowanie, to jego ostatni performance. Cała jego sztuka przesycona była pesymizmem, tymczasem rozgłaszał swoją wyprawę jako radosny performance. W Kornwalii miał go przywitać chór śpiewający "In Search of the Miraculous". Niezgodność jego rzekomo ostatniej pracy z całą karierą budzi wątpliwości do tej pory.

Teignmouth Electron

The Golden Globe Race to pomysł gazety Sunday Times. W 1968 roku chęć zdobycia sławy przekonała wielu żeglarzy, że warto wsiąść samotnie do swoich łódek i ścigać się dookoła świata. Ważne było, że podróż ma się odbywać bez przerw. 

Trzydziestoczteroletni wynalazca Donald Crowhurst postanowił zapałem nadrobić brak jakiegokolwiek doświadczenia w pływaniu po morzach i oceanach. Co więcej - postanowił wygrać w wymyślonym i skonstruowanym przez siebie statku. Teignmouth Electron wspaniale łączył innowacyjność z brakiem jakichkolwiek testów na pełnym morzu - nie wystarczyło na nie czasu, ponieważ jednostka została ukończona kilka dni przed rozpoczęciem wyścigu. Jej budowa pochłonęła dwukrotnie więcej pieniędzy niż miał wynalazca. 

The Teignmouth Electron

31 października 1968 roku Crowhurst wszedł na pokład i wyruszył w rejs przez Atlantyk. Następny raz zobaczono Teignmouth Electron 9 miesięcy później, gdy dryfował niedaleko miejsca startu. Na pokładzie znaleziono dokładną kronikę osuwania się Crowhursta w szaleństwo.

Błędy konstrukcyjne i projektanckie sprawiły, że na łodzi nic nie działało tak jak powinno. Komunikacja, ster, wszystko bardziej przeszkadzało niż powinno. Wynalazcy nie udało się długo utrzymać kursu wyznaczonego trasą wyścigu. Ponieważ jednak wydał on wszystkie pieniądze, w tym pożyczone i takie, którymi miał spłacić długi karciane, wiedział, że nie może wrócić. W każdym razie - nie z kroniką prawdziwych wydarzeń.

Zaczął prowadzić dziennik, gdzie opisywał wymyślone przygody, które przeżywał podczas podróży dookoła świata. Jednocześnie prowadził też prywatny dziennik, gdzie opisywał faktyczne zdarzenia i porażkę przedsięwzięcia. Wraz z pogarszaniem się jego stanu psychicznego pogarszały się też jego wpisy w dzienniku. Jednym z nich był liczący 25 tysięcy słów opis ewolucji ludzkości do stanu transcendencji, gdzie fizyczność i odczuwanie nie byłyby rozdzielone w żaden sposób. 

Dziennik obejmuje 243 dni. Dwieście czterdzieści trzy samotnie spędzone dni i noce, podczas których zmagał się z coraz gorszym stanem psychicznym, izolacją i narastaniem obaw związanych z kłamstwami, które opowiadał przed podróżą innym, a podczas podróży sam sobie. Najprawdopodobniej wycieńczony psychicznie popełnił ostatecznie samobójstwo. Jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Duc de Dantzig

Wikimedia

Pora na nieco klasyki. Zwodowany w 1808 roku bryg niedługo później stał się statkiem korsarskim po otrzymaniu przez kapitana listu kaperskiego. Zajmował się zalegalizowanym piractwem, czyli napadał na jednostki handlowe pod banderą państwa wystawiającego umocowanie prawne.

Duc de Dantzig nie tylko napadał i rabował inne jednostki, ale także palił je. Z tego powodu los musiał się w końcu upomnieć o swoje. 13 grudnia 1811 to ostatni dzień, kiedy widziano okręt. Inny statek korsarski, Gazelle, dotarł do portu w Morlaix, jego załoga poinformowała, że Duc pozostał na morzu paląc i rabując wrogie okręty. Po tym dniu Duc zaginął. Nie było to niczym niezwykłym, założono po prostu, że załoga trafiła na silniejszego - na przykład marynarkę wojenną innego państwa.

Napoleon Gallois opowiadał później, że natknął się na okręt podczas swoich podróży. Francuska fregata napotkała osławiony bryg dryfujący na morzu. Na pokładzie znaleziono gnijące zwłoki członków załogi, drewno statku było przesiąknięte zaschłą krwią. Wielu korsarzy zostało przybitych do masztów, część przybito gwoździami do pokładu. Ożaglowanie i olinowanie pozostało jednak nie naruszone. Nie było widać też śladów bitwy morskiej. Przerażona widokami na pokładzie dryfującego okrętu załoga postanowiła spalić Duca de Dantzig razem ze znajdującymi się na nim ciałami.

Mary Celeste

Historia Mary Celeste to bodaj najsłynniejsza historia statku widmo. Po wypłynięciu 7 listopada 1872 roku Mary Celeste została odnaleziona 5 grudnia przez kanadyjską brygantynę. Dryfowała praktycznie nieuszkodzona - na pokładzie nie było jednak żywego ducha.

Mary Celeste przewoziła alkohol - ładunek pozostał nietknięty po znalezieniu. Czego natomiast nie znaleziono, to większości dokumentacji rejsu i statku, nie znaleziono również instrumentów nawigacyjnych. Pasowało to do teorii opuszczenia okrętu przez załogę. 

Statek stał się słynny dzięki listowi jednego z pasażerów okrętu:

W styczniu 1884 roku w londyńskim periodyku "Cornhill Magazine" ukazał się artykuł podpisany przez dr J. Habakuka Jephsona, który twierdził, że był pasażerem "Mary Celeste" w czasie fatalnego rejsu i wie co się wówczas stało. Nie przedstawił wcześniej swej wersji wypadków bowiem bał się, że zostanie poczytany za szaleńca, ale w obliczu zbliżającej się śmierci postanowił, mimo wszystko, opowiedzieć, co się 13 lat wcześniej wydarzyło.

Dr Jephson był lekarzem i abolicjonistą walczącym o wyzwolenie Murzynów w Stanach Zjednoczonych. W czasie jednej z bitew wojny secesyjnej został ciężko ranny i pewnie umarłby, gdyby nie stara Murzynka, która wzięła go pod opiekę i wyleczyła. Na zakończenie kobieta wręczyła mu dziwny amulet – wyrzeźbione w czarnym kamieniu ludzkie ucho. W siedem lat później zaokrętował się na "Mary Celeste", gdzie – prócz dziesięciu członków załogi (w tym trzech czarnoskórych) i rodziny kapitana – było jeszcze dwóch pasażerów: agent towarzystwa okrętowego nazwiskiem Harton i Mulat Septimus Goring.

Niepokojące historie 5 statków widmo

Pewnego dnia zniknęły bez wieści żona i córeczka kapitana Briggsa (przypuszczano, że wypadły za burtę), a sam Briggs popełnił w rozpaczy samobójstwo. Dowództwo objął I oficer, ale w tym momencie doszło do buntu czarnoskórych marynarzy pod wodzą Goringa. Wszystkich białych związano i wyrzucono za burtę, z wyjątkiem Jephsona, którego chronił amulet. Statek wkrótce dopłynął do wybrzeży Afryki, gdzie Murzyni wraz z Jephsonem popłynęli szalupą do brzegu, zostawiając "Mary Celeste" na łasce fal.

W afrykańskiej wiosce, do której wkrótce dotarli, znajdowała się świątynia, a w niej posąg bóstwa z odrąbanym uchem. Dr Jephson – posiadacz brakującego fragmentu – był traktowany jak honorowy więzień plemienia. Pewnej nocy zjawił się w jego chacie Goring i powiedział, że chce zostać władcą murzyńskiego królestwa, w czym przeszkadza mu obecność białego lekarza. Umożliwił więc Jephsonowi ucieczkę, a ten po dwóch latach dotarł do Londynu.

Czytelnicy gazety domagali się wysłania ekspedycji mającej na celu odnalezienie Goringa. Całość jednak nie doszła do skutku kiedy wyszła na jaw prawdziwa tożsamość dr. Jephsona - okazał się nim być Arthur Conan Doyle, a cała historia powstała w jego wyobraźni. Niemniej tajemniczość zniknięcia załogi przy nienaruszonym cennym ładunku nie przestała rozbudzać wyobraźni poszukiwaczy rozwikłania zagadki.

[historia dr. Jephsona za: wikipedia.org]



Komentarze



Podróże

Anglia.today/reklama
ANGLIA.today
Anglia.today/firmy
Znajdź nas na facebook'u!
Anglia.today/reklama