mieszkasz w londynie banner

Czy to koniec londyńskich taksówek? (1)

BlaBlaCar, Uber, Lyft, Wundercar – przejazdy społecznościowe cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Jeszcze popularniejsze są też korepetycje w zamian za strzyżenie czy wakacyjna zamiana mieszkań.

Londyńskie taksówki / Getty
Londyńskie taksówki / Getty

Myślę, że dzięki takim aplikacjom oszczędzam co najmniej kilkaset funtów rocznie – twierdzi 32-letnia Anka, która trasę pomiędzy Londynem a Jędrzejowem pokonuje co dwa miesiące. – Zawsze wożę do domu mnóstwo prezentów czy zakupów, więc podróż samolotem tanich linii, ze względu na ograniczenia bagażu, odpada. Za każdym razem podróż autem pochłaniała jednak ok. 150 funtów – wyjaśnia.

Od pół roku zaczęła na miesiąc przed podróżą ogłaszać się na serwisach carpoolingowych. To aplikacje, dzięki którym za pomocą komputera, tabletu lub smartfona możemy wziąć autostopowiczów. Z jedną różnicą – z góry ustalamy, ile nam zapłacą za przejazd. Najpopularniejsze serwisy tego typu to BlaBlaCar, Uber, Faxi, czy Carpooling.co.uk. – Najczęściej zabieram jednego pasażera i zwraca mi się ok. 45 funtów, czasem trafia się para – to 90 funtów. Raz miałam czterech pasażerów i za podróż nie zapłaciłam nic, jeszcze mi zostało na kawę i obiad – opowiada Anka. 80 proc. zarobku trafia przelewem do kierowcy, resztę przejmują twórcy aplikacji.

Za pięć dwunasta...

To też czysty zysk ze strony pasażera. – Póki co korzystałem raz, przed ostatnimi świętami. Szef w ostatniej chwili dał mi wolne – miejsc w samolotach i autobusach już nie było, więc pogodziłem się, że nie pojadę do domu na wigilię. Na szczęście znalazłem na BlaBlaCar kogoś, kto mnie zabrał i to spod samego domu. Zdążyłem usiąść przy wigilijnym stole – opowiada 30-letni Jacek, łodzianin mieszkający w Leeds. Takie serwisy sprawdzają się też przy krótszych podróżach.

– Mieszkam na dalekich przedmieściach Londynu. W moim przypadku nie można mówić o spontanicznym wyjściu wieczorem na imprezę – gdy autobusy nie jeżdżą, jestem właściwie uziemiona, chyba że miałabym ochotę czekać pół godziny na drogą taksówkę – opowiada 26-letnia Klaudia, projektantka wnętrz, która w wolnych chwilach uwielbia imprezować. Od kiedy trafiła na aplikacje carpoolingowe, dojazd do klubu nie stanowi dla niej problemu. – Siedzę w domu przed lustrem i widzę w telefonie, że chętny na kurs kierowca jest na sąsiedniej ulicy. Piszę do niego i pięć minut później jestem już w aucie, w drodze do centrum – wyjaśnia.

Spotkanie z człowiekiem

Istotne jest dla niej to, że w przeciwieństwie do nieoficjalnych taksówek, które często można spotkać nocami na ulicach brytyjskich miast, tu wiadomo, z kim ma się do czynienia. Każdy kierowca (ale i pasażer!) jest oceniany przez współpasażerów. Dzięki temu nieuprzejmi czy niesłowni towarzysze podróży są odsiewani metodą selekcji naturalnej – mają na portalu najgorsze oceny i najmniej zarejestrowanych przejazdów. W BlaBlaCar działają też taksówki „ladies only” – prowadzone przez kobiety i w pełni bezpieczne.

– Jeżdżąc w ten sposób mam poczucie, że obcuję z prawdziwym człowiekiem, a nie obcym taksówkarzem, który poleci mi co najwyżej te kluby, od których dostaje prowizję – wyjaśnia Klaudia. – Raz zdarzyło mi się, że wsiadłam do samochodu z aplikacji i okazało się, że mamy z kierowcą wspólnych znajomych. Odstawił auto do domu i do klubu ruszyliśmy już razem – śmieje się.

Zmierzch taksówek

Jest jednak i druga strona medalu.  – Takie aplikacje mocno dają nam się we znaki – przyznaje 40-letni Marek, londyński taksówkarz od siedmiu lat. – Najpierw ludzie przestali korzystać z taksówek przez kryzys. Teraz niby powinno być lepiej, ale coraz więcej osób zamiast taksówki, wybiera przejazdy z aplikacją – opowiada. W zeszłym roku wziął udział w proteście taksówkarzy przeciwko nieuczciwej – ich zdaniem – konkurencji.

– Takie firmy działają jak taksówki, ale nie obowiązują ich żadne regulacje. Nic dziwnego, że ich usługi są tańsze – dziwi się Marek. Dodaje jednak, że choć niechętny aplikacjom typu Uber czy BlaBlaCar, od kilku miesięcy... sam szuka w ten sposób pasażerów. – Jak jestem „na taksówce” to mam coraz mniej pracy, coraz częściej siedzę cały dzień w samochodzie i nic. Dlatego swoje prywatne auto zgłosiłem w jednej z takich aplikacji. Gdy jadę po zakupy czy wracam od lekarza i ktoś się zgłasza, zawsze go zabieram. Takie cerowanie domowego budżetu – opowiada. Choć na początku wpadały mu w ten sposób grosze, dziś szacuje, że ok. 30 proc. jego zarobków pochodzi właśnie z takich serwisów.

Licytacja parkingu

A nowe firmy tego typu powstają jak grzyby po deszczu. W Niemczech, Austrii, Słowenii i Włoszech działa już GoOpti, czyli społecznościowy wynajem busów, które dowożą pasażerów np. z Lubljany na lotnisko w Mediolanie za 12 euro. – Pomysł trafiony w dziesiątkę. Np. w Szczecinie nie ma lotniska i gdyby tylko był taki tani bus, który dowoziłby na lotnisko pod Berlinem, to chętnych znalazłyby się tysiące – twierdzi szczecinianin Paweł, którego firma architektoniczna operuje w Londynie i Berlinie. – Dziś dojazdy na lotniska często są zmonopolizowane i kosztują nieadekwatnie dużo w stosunku do trasy – zauważa.

W ponad 50 brytyjskich miastach działa też ZipCar. Dzięki niemu osoby, które nie mają własnego samochodu, mogą pożyczyć go od sąsiada, gdy muszą np. odebrać krewnego z lotniska czy coś przewieźć. Mieszkańcy dużych, wiecznie zakorkowanych miast, w których miejsce parkingowe jest cenniejsze od złota, wiązali też duże nadzieje z MonkeyParking. To aplikacja, dzięki której można licytować miejsce parkingowe od osób prywatnych. Jednak dziś aplikacja działa już tylko w Rzymie, po tym jak władze San Francisco zabroniły z jej korzystania. Powód? Traciły na tym firmy, które podpisały z miastem umowy na udostępnianie miejsc parkingowych.

Korepetycje za upieczenie...

Co dalej? Wydaje się, że stoimy u progu rewolucji, gdy usługi społecznościowe zaczynają wypierać relacje usługodawca – usługobiorca, które często opierają się na przewadze jednej ze stron. Już dziś hotelarze narzekają na Coachsurfing i Airbnb, bo coraz więcej osób, chcących tanio poznać autentyczny klimat Barcelony czy Paryża, decyduje się na wynajem mieszkania od osoby prywatnej. Gorsze chwile przeżywają też choćby korepetytorzy. Kto będzie im płacił kilkadziesiąt funtów za godzinę, gdy dzięki aplikacjom takim jak TaskRabbit można nauczyć się niemieckiego w zamian za korepetycje z angielskiego lub zapłacić za lekcje matematyki własnoręcznie uszytą marynarką?

Jeśli aplikacje takie jak ZipCar zyskają na popularności, może okazać się, że wystarczy nam jeden samochód na całą ulicę, z którego sąsiedzi mogą korzystać w zależności od potrzeb, a to z kolei może zaboleć producentów aut.

Pomoc kontra podatki

Wydaje się więc, że powinniśmy korzystać z takich możliwości póki możemy, bo coraz głośniej słychać, że gdy nadąży za nimi prawo, branża będzie musiała zacząć się zwijać.  Dziś przewożenie pasażerów, wynajmowanie domu czy lekcje angielskiego w zamian za naprawę kranu odbywają się bez faktur i często z pominięciem machiny podatkowej. Jeśli wprowadzono by prawne regulacje dla takich rozwiązań mogłoby się okazać, że za podwiezienie pasażera własnym autem będziemy musieli wystawiać fakturę i odprowadzać podatek, a to zniechęci użytkowników.

– Cały urok tego typu usług to pewna doza wolności, powrót do rzeczywistości sprzed kilkudziesięciu lat, gdy wszystko załatwiało się na zasadzie „pani popilnuje mi dziecka, a ja skoczę coś załatwić”. Takie serwisy to wytchnienie od wszechobecnej biurokracji. Mam nadzieję, że to się szybko nie zmieni – mówi Klaudia, dziewczyna, która do londyńskich klubów jeździ już tylko z kierowcami poznanymi dzięki aplikacji.

Źródło: Sonia Grodek / Goniec.com

Tagi: Transport



Komentarze

dobrze moze brudasy sie troche polepszá eventualnie zejdá z cen...


Warto wiedzieć

Anglia.today/reklama
ANGLIA.today
Anglia.today/firmy
Znajdź nas na facebook'u!
Anglia.today/reklama